Rzecz o Augustynie Baranie

Augustyn Baran – był wśród nas, żył między swoimi, a jednak trochę inaczej…

Często przez swoich postrzegany jako „dziwak”, inaczej myślący, o głęboko sięgającej wnętrza, kulturze własnej osobowości. Człowiek zwyczajny, w otaczającej go zwykłej rzeczywistości, codzienności życia, nawyków i sąsiedzkich spojrzeń, które nie zawsze odwzajemniały Jego styl bycia… a może były zbyt niezrozumiałe i trudne do zaakceptowania. Człowiek dziwak?… Nie!, to człowiek kultury, znający życie miejskie, studenckie. Z daleka od galicyjskiej wsi, do której z rodem należał, odważnie się z niej wyrwał i szukał innego życia, niż to które znał, lecz przewrotny los, po latach sprowadził Go w rodzinne strony.

Rodzinny dom, wnętrze pomieszczenia, które zajmował wypełnione było półkami, na których ociężale spoczywały książki, listy, gazety i nie pierwszej młodości maszyna do pisania, Jego azyl i warsztat pracy, gdzie powietrze przepełnione było słowami, a treści książek jak na dysku zapisane w głowie Augustyna. W tak zagospodarowanym pomieszczeniu czuł się dobrze, chociaż do końca nikt z nas z całą pewnością tego nie potwierdzi.

Augustyn – tak o nim mówiono i każdy wiedział o kogo chodzi, szkolne dzieci mówiły bez retuszu – Gustek – a co wrażliwsze i inteligentniejsze – pan Augustyn. Zewnętrzny wygląd, sylwetkę można opisać z zamkniętymi oczyma, wciąż ten sam, nie zmieniający styl bycia, człowiek oczytany, często z gazetą w ręce. Moja pamięć i wspomnienie Jego osoby są wyrazem szacunku, podziwu i odwagi, bo nie każdy „nieco inny” jak mówiono potrafi odnaleźć swoją drogę,(a Jego usłana różami nie była) swoje miejsce na spełnienie marzeń, które często nie są własnym wyborem, a zrządzeniem losu.

Lata osiemdziesiąte. Stoję na przystanku autobusowym w Rudawcu                        i niecierpliwie czekam na niebieski autobus, którym dojeżdżałam do pracy. Pora zimowa, autobus się opóźnia, zimno, nogami tupię po śniegu… wreszcie podjeżdża, wsiadam, duszno i parno w przepełnionym ludźmi autobusie, wszelkiego rodzaju zapachy zmieszane z potem, drażnią oczy i szczypią uczuleniowo po twarzy. Trzymam kurczowo poręcz przy górnych półkach nad siedzącymi, wdzięczna, że jeszcze na „Stojąco” mogę jechać.

Na siedzeniu obok znajoma sylwetka, ciepłe spojrzenie w moją stronę, uśmiech   i te grube szkła w okularach, ile mogły mieć dioptrii – nie wiem, ale wtedy wydawały mi się śmieszne, czapka z charakterystycznym daszkiem, szal i ta kurtka w kolorze zielonym czy wojskowym, torba skórzana, której długi pasek zawsze zawieszony był przez ramię. Ku mojemu zaskoczeniu, w tym zatłoczonym autobusie, z trudem wstał z siedzenia, ustępując mi miejsca, obok młodego chłopaka, który zorientował się w sytuacji i wstając ustąpił miejsca Augustynowi (kolejna lekcja wychowania). Siedząc tak obok mnie, nawiązał rozmowę, która chwilami szczerze mówiąc wcale się nie kleiła, tremowało mnie siedzenie, chociaż wygodne w tym tłoku, obok nauczyciela moich dzieci. Zasób słów               i wiedza mnie urzekały, słuchałam, przytakiwałam głową, coś czasem odpowiadałam. Był bezpośredni i prosty, w sposób niezakłamany przedstawiał to co czuł, co wiedział, co w głębi duszy nosił.

Na przystanku dla wysiadających na Widaczu, powiedział: ” kiedyś dokończymy te rozmowę…” ale nigdy później nie została dokończona, pozostała zawieszona w przestrzeni, okryta milczeniem do dnia dzisiejszego, kiedy o tym odważyłam się napisać parę słów, zdając sobie jednocześnie sprawę, że jest o wiele za późno, bo życie tak szybko przemija…

Choroba zadawała Augustynowi ciosy, zabierając z Jego osobowości wiele kunsztu, to co było w Nim najpiękniejsze, czym mógł się jeszcze dzielić z ludźmi, a potem  wyrwała go ze swego społeczeństwa by mógł na końcu spokojnie odejść, jak dziecko zagubione we mgle. Dzisiaj w czasie, który los mi daruje, dokończę tę rozmowę słowami, którą on tylko usłyszy, ze szczególną dedykacją.

„Życie, to wieczna podróż

W którą wyruszysz z danej stacji.

Wiesz z której i wiesz kiedy

Lecz czasem, gdzieś po drodze

Pytając, myślisz – dokąd?

I prosta rodzi się odpowiedź

Zawsze do przodu…

Nie ma tylko odpowiedzi –

Jak długo trwać będzie podróż,

Jaki koniec i kiedy…”

Z tomiku wierszy „Jesienne realia” – Danuta Czaja

ROZMIAR CZCIONKI
KONTRAST